Home Azja Sulawesi, czyli deszczowy raj bez plaży

Sulawesi, czyli deszczowy raj bez plaży

autor Natalia

Rajski Bunaken. Wynajęta łódź dowozi nas wprost do naszego resortu o przyjemnej nazwie „The Village Bunaken”. Już na plaży wita nas instruktor nurkowania i objaśnia panujące tutaj zasady. Po chwili trafiamy do przytulnej, drewnianej chatki z dużym tarasem i widokiem na plażę. Z tą plażą to trochę przesadziłem. Co prawda morze jest na wprost naszych oczu, ale dostępu do niego skutecznie broni wąski pas lasu namorzynowego. Kto widział, ten wie o co chodzi, a kto nie, to niech wyobrazi sobie sterczące pionowo z wody drewniane „kolce” niczym część starożytnych fortyfikacji obronnych. Las ten ma jednak pewną olbrzymią, przynajmniej dla Marcina, zaletę – daje trochę cienia, co przy temperaturze trzydziestu stopni jest nie do przecenienia. Jest błogo i przyjemnie, pomimo że w chatce nie ma klimatyzacji. Rozgrzane powietrze mieli tylko duży wiatrak.

Pobyt planujemy do niedzieli. Jutro, czyli w środę, popłyniemy na pierwsze nurkowania. Tymczasem ruszamy obejrzeć wyspę. Ład, czystość i porządek kończą się tuż za ogrodzeniem resortu. Bardzo skromne gospodarstwa, często niechlujne i zaniedbane dominują wzdłuż drogi do przystani. Ubóstwo zdaje się być jeszcze większe, niż na poprzednio odwiedzonych wyspach. Dodatkowo zaczyna lać deszcz. Wracamy po godzinie całkowicie przemoczeni. Pada tego dnia bez przerwy. Prognoza pogody przewiduje burze i ulewy do końca tygodnia. Cudownie. Czyżbyśmy mieli spędzić cały tydzień w miejscowym barze? Na razie nie mamy większego wyboru. Godzinę spędzamy w spa, później kolacja i zamawiamy po pierwszym kieliszku czerwonego wina. Wybór nie zachwyca. Na pytanie o rodzaj wina barman odpowiada, że ma czerwone i białe. Niestety to wyczerpuje wachlarz dostępnych trunków. Trzeciej kolejki nie udało się już zamówić, czerwone wino skończyło się, a właściwie jego jedyna butelka. Dostajemy jeden kieliszek do podzielenia się. Jutro ma być dostawa. Niestety, kolejne dni pokażą, że nie doczekamy się na nią aż do wyjazdu.
Poranek wita nas deszczem, a właściwie ulewą. Pada od wczorajszego popołudnia. Czyżby prognoza pogody nie kłamała? Nie napawa to optymizmem.
Sprzęt nurkowy jest już zapakowany na łodzi. Wypływamy ku przygodzie. Pierwsze nurkowanie i kolejny żarłacz czarnopłetwy. Będzie ich w tym tygodniu jeszcze więcej. Oprócz rekinów spotkamy jeszcze ogończe, barakudy, napoleony, ognice, wielkiego tuńczyka oraz całe mnóstwo mniejszych i większych ryb we wszystkich możliwych kolorach.
W środę po południu pojawiają się pierwsze promienie słońca. Nie jest więc tak źle. Czas mija spokojnie i przyjemnie. Wieczorami życie przenosi się na plażę (jest kawałek bez namorzynowego lasu), gdzie przy ognisku i dźwiękach gitar oraz mamabasu (rodzaj jednostrunowego kontrabasu) odsycamy się z nadmiaru azotu. Tańce zaczynają się stosunkowo szybko. Ludzie są przesympatyczni. Do tego wspaniale grają i równie niesamowicie śpiewają. Atmosfera dzięki temu jest fantastyczna. Imprezy są dosyć kameralne, bo taki też jest nasz resort. Cały kompleks to niewielkie centrum nurkowe i około dziesięć drewnianych chatek wkomponowanych w palmowy las. Całość uzupełnia jeszcze drewniano-kamienny bar oraz dachy z palmowych liści.
Sobota jest pierwszym dniem bez nurkowania. Czas trochę wyschnąć. Na szczęście słońce towarzyszy nam już nieustannie. A wraz z nim trzydziestostopniowy upał. Marcin czuje, że skóra zaczyna mu się rozpuszczać. Trochę sobie na to zapracował, robiąc trzydzieści dwa nurkownia. O snurkowaniu nie chce już nawet słyszeć. Jutro lecimy na Bali. Jeżeli wszystko się uda, to zanurkujemy jeszcze raz z mantami. Resztę czasu spędzimy odwiedzając tamtejsze świątynie. Będą to tym samym nasze ostatnie cztery dni w Indonezji. Bilet na kolejny, dziesiąty już lot właśnie kupiony. Zatem o szóstej rano ruszamy dalej, ku przygodzie.

Może Cię zainteresować

Zostaw komentarz